wtorek, 24 maja 2016

Szydełkowa bluzka z kwadratów babuni (prosty kordonkowy projekt na lato:)) + pogodny dzbanek z rybkami

Witajcie Kochani!:) Ostatnie dni upłynęły mi na intensywnym dzierganiu i powstała taka oto luźna bluzka z kwadratów babuni.

Kiedy ostatecznie odłożyłam szydełko i przymierzyłam tą moją radosną twórczość to aż zatańczyłam z radości. Okazało się, że wszystko pasuje!:))  Dzierganie bez wzoru zawsze niesie w moim przypadku odrobinę niepewności i kiedy się udaje, to szaleję ze szczęścia.

Jak podoba się Wam ta szydełkowa bluzka z kwadratów?

Pracowałam szydełkiem 4mm i zużyłam około dwa motki 100g kordonka Cotton Filet.

Szydełkowy top zestawiłam z błękitną podkoszulką i zieloną spódnicą. Do całości założyłam kolorowe bransoletki i sznurkowy naszyjnik, który zrobiłam już dawno ze sznurka, starego prześcieradła i guzika.
Szydełkowy pierścionek z bransoletką pokazywałam Wam bliżej tu: pierścionek z bransoletką.






- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -- - - - - - - - - - Nie wiem jak u Was, ale u mnie pogoda wcale nie jest letnia. Mimo to jednak udało mi się nabyć niezwykle letni dzbanek z rybkami. Luby mówi, że to najohydniejszy dzbanek świata, ale mnie się podoba:)
Nie mogłam przejść obok niego obojętnie, kiedy wybraliśmy się pochodzić po rynku rupieci w pobliskiej miejscowości.
Najpierw zwabił mnie dźwięk słów: "50 centów". Okazało się, że chodziło o ubrania, ale ta sama pani zarządzała stoliczkiem, na którym stał ON - mój cudny dzbanek! Luby stwierdził, że jeśli dzbanek kosztuje tyle samo co znoszone łaszki, to mogę go sobie kupić... i co? Chyba mój łamany francuski wzruszył serce kobieciny, bo przecież takie cudeńko warte jest o wiele więcej:D

Dumnie niosłam moją zdobycz przez miasto, a w domu zrobiłam sobie pyszny, owocowo-warzywny koktajl:) Nalewany z takiego naczynia smakował podwójnie wybornie. Muszę jeszcze powiedzieć, że w nowym dzbanku mieści się idealnie główka blendera, a do tego jest to mój jedyny dzbanek, co czyni go ekstra cennym:D Sami powiedzcie, czyż nie jest on pozytywny i milutki?:))

Życzę Wam miłego i sielskiego wieczoru i ślę moc cieplutkich uścisków.

PEACE

poniedziałek, 16 maja 2016

Wycieczka do Bruges (Belgijska Wenecja:))

Witajcie Kochani! Odwiedziłam ostatnio malownicze miasto Bruges. Bardzo łatwo jest wybrać się tam na wycieczkę z Lille. Pociągiem to zaledwie dwie godziny i po tym czasie można się cieszyć super widoczkami. Bruges jest nazywane Wenecją Belgii, ponieważ jest tam sporo wody.
Chyba większość turystów decyduje się na malutki rejs łódką.

Ja również nie odmówiłam sobie tej przyjemności:)
Z łódki można podziwiać zabytkowe budowle. Są wśród nich kościoły i stare kamieniczki.

Nasz przewodnik mówił po angielsku, francusku i flamandzku. Dzięki temu wszyscy turyści mogli go zrozumieć. Do Bruges zjeżdżają ludzie z całego świata i spacerując po mieście, można usłyszeć najróżniejsze języki.



Podczas tej części wycieczki zdjęcia robił mój luby. Ja za to gapiłam się wkoło oczarowana. Podobało mi się przepływanie pod kamiennymi mostami i domy, których okna wychodziły wprost na wodę.

Dowiedzieliśmy się, że za 1500000 euro można obecnie stać się posiadaczem przykanałowego lokum o czerwonych drzwiach. My nie byliśmy zainteresowani kupnem, ale za to zrobiliśmy zdjęcie:)

Lubemu wpadł w oko budynek o czerwonych okiennicach. Kolor ślicznie rozpogadzał surowość starej cegły. W szybach odbijało się niebieściutkie niebo.

Och jak było przyjemnie unosić się na wodzie pośród całej tej architektury, Ku mej uciesze, łódką wcale nie bujało i czułam się bezpiecznie. Nasz przewodnik umiał się zareklamować. Był to podobno jego trzeci dzień w pracy i jak dotąd bez wypadku:) W sumie nic dziwnego, bo po kanale pływa się powolutku, a cała wyprawa trwa około pół godziny.

Kiedy już zeszliśmy na ląd, to zaschło nam w gardłach. Rozglądaliśmy się w poszukiwaniu jakiegoś miłego miejsca z tarasem...

...i udało się! Znaleźliśmy niezwykle przyjemny pub z widokiem na wodę.  Skosztowaliśmy lokalnie warzonych piw Brugse Zot i Straffe Hendrik. Były to jedyne piwa warzone w Bruges i oba o dość zacnej mocy.

Z pubu udaliśmy się na wycieczkę po lądzie. Zaczęłam od uwiecznienia wieży, która z mojej perspektywy wyglądała, jakby pacało ją stado gigantycznych kotów...:)

Zwiedziliśmy okoliczne kościoły. W jednym z nich znajdowała się, zamknięta w szklanej skrzyneczce. krew Chrystusa. Nie wolno było tam robić zdjęć, więc powiem Wam tylko, że skrzynka wystawiona była na podeście i każdy mógł ją pogłaskać i ucałować. Wystarczyło ustawić się w kolejce, która nie była nawet jakaś strasznie długa. Wierzcie mi, że po głaskaniu i całowaniu nikt tej skrzynki nie przecierał. Ksiądz, który jej pilnował zerkał tylko badawczo na turystów.
W kościele nieopodal zakazu fotografowania nie było.

Ku memu zdziwieniu było tam dość skromnie. W oko wpadły mi zabytkowe figury.

Były takie surowe i niewątpliwie mogłyby nastraszyć niejednego malucha. Spodobał mi się Chrystus przy oknie. Siedział sobie i patrzył spod przymkniętych powiek. Ze związanymi rękami wyglądał  jak więzień w celi, łapiący przez wąskie okienko chwile zwykłego życia.







Syclilśmy oczy, bo naprawdę było na co patrzeć. Wszędzie dookoła, było coś ciekawego. Zapędziliśmy się w ciche miejsce, z którego można było zerknąć na nadwodną zabudowę, do której wycieczkowe łodzie nie docierały. Zobaczcie jak nisko nad wodą znajdowały się parterowe okna. Wyglądało to dość surrealistycznie.

Trasa wycieczkowa łódek prezentowała się moim zdaniem bardziej monumentalnie i oczywiście panował przy niej znacznie większy gwar.

Zatoczyliśmy wielkie koło i cały czas odkrywaliśmy jakąś nowość. Po długiej wędrówce znów przysiedliśmy w pubie nad wodą i tym razem skusiłam się na kokosowe piwo Coconut od Mongozo.

Bruges to również kolebka wspaniałych koronek. Sklepy z koronką brugijską mijaliśmy niemalże na każdym kroku i oczywiście zażyczyłam sobie zdjęcie przed jednym z nich:D

Natrafiliśmy również na muzeum tortur. Jak myślicie, chciałam je odwiedzić?:) Oczywiście, że tak:))